Interwencja umundurowanego funkcjonariusza z pewnością może być dla wielu stresująca, ale reakcje osób legitymowanych bywają niekiedy zupełnie irracjonalne, a co więcej prawem zabronione.
Okolice Ronda Rataje. Ok. godz. 7:45 na przejście dla pieszych w kierunku dworca autobusowego wchodzi mężczyzna (wiek ok. 30 l.). Czyni to pomimo zapalonego czerwonego światła i nadjeżdżających samochodów. Spieszy się nie zważając na stwarzane swoim zachowaniem zagrożenie w ruchu. Zdążył przebiec przez jezdnię przed samochodami. Wbiegając na chodnik omal nie wpadł na strażnika miejskiego. Ten zatrzymał go, przedstawił się, wyjaśnił powód interwencji i poprosił o dokument tożsamości. Do tej chwili interwencja ta nie różniła się od tysięcy innych. Mężczyzna zamiast okazać dokument tożsamości wpierw kwestionuje uprawnienia strażnika do legitymowania, a następnie oddala się mówiąc, że spieszy się do pracy. Strażnik reaguje stanowczo - zatrzymuje go i informuje, że sprawę przekaże policji.
W tym momencie mężczyzna zaatakował funkcjonariusza. Doszło do szamotaniny. Co prawda zdołał dostać się do autobusu, ale kierowca zablokował drzwi udaremniając mu dalszą ucieczkę. Na miejsce wezwano nie tylko policję, ale także karetkę pogotowia, gdyż ujęty mężczyzna twierdził, że najprawdopodobniej będzie miał atak astmy i potrzebuje pomocy. Z powodu złego samopoczucia został przewieziony do szpitala na badania. Lekarz stwierdził, że mężczyzna symuluje objawy choroby i chwilę później zamiast do szpitalnego łóżka został przewieziony do komisariatu policji.
Teraz przed sądem odpowie nie tylko za wykroczenie (mogło zakończyć się mandatem 100 zł. lub pouczeniem), ale również za przestępstwo. Za czynną napaść na funkcjonariusza publicznego kodeks karny w artykule 223 przewiduje karę pozbawienia wolności od roku do lat 10. Czy zatem warto było?
W 2010 roku strażnicy wylegitymowali ponad 61 tys. osób, które popełniły czyny karalne. Opisany przypadek należy do incydentalnych.